Blondynka w technologii – czyli o kompetencjach potrzebnych w marketingu.

Blondynka w technologii – czyli o kompetencjach potrzebnych w marketingu.

A tym samym o mnie – blondynce, która od prawie 18 lat pracuje w branży nowych technologii. Czy czuję się zaszufladkowana (o tym syndromie i problemie pisałam tutaj)? Otóż nie, gdyż miałam to wielkie szczęście, że pracowałam w międzyczasie w Marketingu Totalnym (o czym z kolei pisałam tutaj). To dało mi szerokie doświadczenie, zarówno w kraju, jak i w rolach globalnych i regionalnych dla rynków CEMEA (Central Eastern Europe Middle East Africa). Nudy przez ten czas nie zaznałam, a i mam poczucie, że doświadczyłam wielu ciekawych i różnorodnych projektów. Czuję się profesjonalną szczęściarą.

Natomiast nigdy, nawet w najdziwniejszych snach nie sądziłam, że będę zajmowała się nowymi technologiami. Kto mnie zna, ten wie, że moimi technologicznymi sukcesami w 2019 roku było: zamontowanie cartridge’a w drukarce oraz nauczenie się obsługi kompresora do pompowania kół na stacji benzynowej. A najczęściej jak coś ma nie działać, to zawiesi się właśnie u mnie. Jednym słowem jestem ‘technological late adopter’ oraz ‘ideal tester’ 🙂 Śmiałyśmy się kiedyś z właścicielką Tabletowo, że powinnam prowadzić bloga ‘Blondynka w Technologii’ . Bo zazwyczaj mam doświadczenia i spostrzeżenia, których osoby osadzone mocno w branży, nie widzą. Czy to mi w czymś przeszkadza?

I tutaj dochodzimy do sedna mojego artykułu – czy marketingowiec musi znać się na wszystkim?

Marketing to nauka społeczna

Skracając definicje Philipa Kotlera to nauka o ‘zaspokojaniu potrzeb grup klientów w celu osiągnięcia zysku dla firmy’. Taki win-win. W pierwszej kolejności zatem od profesjonalisty w tej dziedzinie powinno się oczekiwać znajomości prawideł segmentacji, analizy danych i identyfikacji potrzeb. W drugiej kolejności pewnej kreatywności i strategicznego myślenia. A w trzeciej rozumienia branży, w której się działa. Tak więc wiedza jest konieczna, ale akurat tej można się uczyć ‘on the job’. Powody są dwa. Po pierwsze specyfika danej dziedziny – mechanizmy, sezonowość, zachowania klientów, najefektywniejsze działania oraz kanały sprzedażowe. Oraz umiejętność przełożenia terminologii specyficznej dla danej dziedziny na język korzyści dla klienta. Tak aby ten w konsekwencji poczuł, że oferta jest dla niego. Głównym bowiem celem marketingu jest sprzedaż i generowanie przychodu w firmie.

Branży można się nauczyć ‘on the job’

Otóż pracując w Idei odpowiedzialna byłam za tworzenie usług i ofert billingowych. Brzmi to abstrakcyjnie i takie jest. Aby stworzyć nowe plany taryfowe albo np. usługę ‘darmowe połączenia między osobami’ nie wystarczy mieć takiej idei. Trzeba również ustalić jak ona ma działać, jak powinno się ją aktywować i wyłączać, ustalić jej współdziałanie z systemami informatycznymi i billingowymi, a także ile ma kosztować aby była opłacalna dla firmy. A dopiero na koniec, jak ją zakomunikować. Oczywiście po SGH nie miałam pojęcia o niuansach IT, ale całej terminologii i zasad nauczyłam się ‘on the job’ poprzez współpracę z poszczególnymi działami i osobami. Przez parę lat to było dla mnie fascynujące – dlatego w Play też parałam się podobnymi obowiązkami. To jest ciekawa analityczna praca. Marketing w służbie sprzedaży i finansów.

W Sony Ericssonie też miałam przyjemność zajmować się usługami. Otóż w 2008 roku zajmowałam się Marketingiem nowych usług. Byliśmy prekursorem streamingowych serwisów muzycznych z Play Now Plus. Badaliśmy też potencjał dla Play Now Movies. W 2008 roku rynek nie był jeszcze gotowy na konsumpcję mediów online (bo nie było wydajnych smartfonów z dużymi wyświetlaczami) ale zdecydowanie ciekawym było bycie przed innymi. Dodatkowo szkoliłam rynki z tego jak tworzyć propozycje marketingowe i sprzedażowe z usług. Kluczem do robienia szkolenia oraz tworzenia propozycji jest język korzyści oraz zrozumienie biznesu. Tak więc tłumaczem między technologią a klientem, biznesem a marketingiem, to jest to czego przez te wiele lat idealnie się nauczyłam. A to warsztatowe doświadczenie zachęciło mnie do skończenia kursu trenerskiego w Szkole INTRA. Tak aby szkolić nie tylko z technologii, ale też np. pobudzania kreatywności w zespołach, o czym więcej pisałam tutaj.

Marketingowiec to zawodowy tłumacz

Ogólnie jednak praca w Sony Ericsson, potem Sony Mobile to zajmowanie się produktem konkretnym i ustalonym globalnie. Wyzwaniem było zrozumienie niuansów technicznych i dobre wybranie USP (unique selling point) do komunikacji z konsumentem, partnerem biznesowym, dziennikarzami i YouTuberami. Jak nauczyłam się rynku smartfonów? Brałam udział w szkoleniach produktowych, czytałam blogi, śledziłam to co robi konkurencja, czytałam badania i analizy. A wszystko po to aby dojść do sedna, czyli  przełożyć tę technologię na benefit i język konsumenta. I powiem szczerze, że właśnie w tym moja ‘powolność adaptacji technologicznej’ mi pomaga. Ja bowiem nie rajcuję się ilością megapikseli czy wskaźnikami rozdzielczości wyświetlacza, czy benchmarkami wydajności ale przekładam te specki na język konsumenta i jego potrzeby. I w momencie jak ja to zrozumiem, to wiem, że mogę przekazać tę wiedzę dalej. Tak aby kupując smartfon nie trzeba było doktoryzować się z technologii. 

Oczywiście jest grono osób dużo bardziej zaawansowane technicznie tzw. early adopters, tech maniacs czy gadżeciarze. I oni odpowiedzi na nurtujące ich pytaniach znajdą na technologicznych portalach, blogach lub u YouTuberów. Marketingowiec ma natomiast dotrzeć do szerszego grona i przekonać ich do produktu. I na to możecie liczyć z mojej strony.

Lapsusy technologiczne

Jako, że mam dystans do siebie to pomyślałam, że podzielę się moimi zabawnymi doświadczeniami marketingowymi.

Pierwsze stricte technologiczne. Pamiętam jak po powrocie z Niemiec do Polski, robiłam prezentację sell-inową w Plusie. Oznacza to, że prezentowałam produkt od strony specyfikacji i propozycji marketingowej osobom odpowiedzialnym za decyzje zakupowe, sprzedażowe i marketingowe po stronie Operatora. To tzw. marketing B2B. I na owym spotkaniu chciałam powiedzieć coś o rozdzielczości wyświetlacza. Jakoś wypadło mi to słowo z głowy, a na slajdzie miałam ‘resolution’. I tak stworzyłam słowo ‘rezolucja wyświetlacza’. Absolutnie rozładowało to spotkanie, a co więcej zostaliśmy zapamiętani 🙂 A rezolucja była jak zwykle naszą mocną stroną.

Inny przykład dotyczy abstrakcji komunikacji usług. Jak człowiek za mocno zafiksuje się na technologii, to nie dostrzega absurdu takiego oto zdania: ‘darmowe rozmowy nawet 69% taniej!‘ To były czasy. Najlepsze, że nikt wewnętrznie tego nie zauważył i taka kampania w najlepsze została puszczona w mediach. Jedna Idea. I kropka

Jako, że jabłko pada niedaleko od jabłoni, to odkryłam, że mój synek ma podobny talent do mnie. Ostatnio powiedział bardzo ciekawe zdanie: ‘czy są telefony, które się nie zagapiają?‘. Genialne określenie dla zawieszania się technologii. Skoro człowiek się może zagapić, to wszystko inne przecież też.

Podsumowanie

Ja wierzę w różnorodność marketingową. Siłą marketingowca jest jego profesjonalizm w rozumieniu i analizowaniu klientów oraz ich potrzeb. A co za tym idzie umiejętne tłumaczenie języka branżowego na język korzyści zrozumiały przez konsumenta. Wierzę, że każdy marketingowiec może być gwiazdą każdej branży, bez względu na płeć i dotychczasowe doświadczenie.

Ja technologię lubię i z przyjemnością pozostanę jej masowym odbiorcą, ale równocześnie profesjonalnym tłumaczem. Nawet jak się czasami zagapia zarówno technologia jak i ja.  To jest to fascynująca przygoda.

Ku pamięci, reklama darmowych rozmów taniej!, z 2004 roku, bo internet nie zapomina.

Ten post ma jeden komentarz

Dodaj komentarz