Co się tutaj odjaniepawla?

Co się tutaj odjaniepawla?

Dziękuję NowyMarketing za opublikowanie niezwykle użytecznego słownika pokolenia Z – link tutaj. Okazuje się bowiem, że mam w sobie coś z ZETEK czyli osób urodzonych w latach 1996 – 2010. Dobrze jest się czuć młodym duchem ale nie o tym ten wpis.

To co nas łączy, to otwartość, bezpośredniość, niechęć do bylejakości i czerpanie informacji ze świata online. Tak jestem przykładem osoby, która o ile się da to załatwia sprawy i zakupy online. Nie mam parcia na oko YouTube jak pokolenie Z. Ale wspólne nam jest działanie. Tak więc zainspirowana językiem ZETEK postanowiłam napisać o zakłamywaniu, mydleniu, disowaniu rzeczywistości w mediach ale też siebie samych. Jak przyjrzałam się temu jak wygląda dzień przeciętnego człowieka pracującego w mediach, korporacji czy social mediach, to uznałam, że trzeba niezwykłej odporności i oporności psychicznej aby nie dać się omamić przez jeden wielki FAKE – informacyjny, autoprezentacyjny i pracowy.

I tego pokolenie Z ma dosyć, ale coraz więcej Millenialsów też.

1. Newsy w necie to clickbait (klikbajty).

Większość z nas poranek zaczyna od prasóweczki. Oczywiście nie gazeteowej, ale internetowej. Czyli Facebook, Instagram, Twitter i może jakieś zaabonowane serwisy płatne. A tam na dzień dobry otrzymujemy serię clickbaitowych artykułów, które trzeba odsiać.

Jeśli nie słyszeliście tego pojęcia to click to kliknięcie a bait to przynęta.

A zatem clickbait to tytuł, nagłówek lub zdjęcie, które sztucznie wyolbrzymiają treść.

Ostatnio z ciekawości oglądałam mini wykład Jasona Hunta (ex-Kominka) czyli osoby uznawanej za ojca blogosfery. I on właśnie radził aby tak budować nagłówki, aby były klikalne….bo to nagłówek jest kluczem do przyciągnięcia uwagi. I tak zdaniem JH dobry tytuł jest:

A) rozrywkowy – czyli zabawny

B) edukacyjny czyli zaczyna się od ‘Jak…”

C) inspiracyjny – inspiruje

D) kontrowersyjny

E) jest info-opinią na temat czegoś aktualnego

Ja z grubsza się zgadzam, że fajnie jest mieć chwytliwy nagłówek ale jeszcze lepiej jakby treść niosła coś ze sobą i to w zgodzie z tytułem. Bo często się zdarza, że nagłówek zapowiada jakiś przełom a w środku 4 zdania o niczym. Albo tytuł swoje, a treść idzie w innym kierunku.

Przykładowe clickbaity

  •   ‘Lewandowscy spodziewają się drugiego dziecka. Oto 7 aut, na które powinni zwrócić uwagę’ – a w treści po prostu reklamy aut idealnych dla 4-osobowych rodzin. 
  • Playstation 5 czy nowy Xbox Series X. Dla mnie wybór jest prosty – po kliknięciu nic nie warta analiza na czym wolą grać jedni, a na czym drudzy. Artykuł pochodzi z połowy grudnia czyli w ogóle przed zapowiedziami nowych konsol. A zatem jest totalnie o niczym. 
  • Oto willa Cezarego i Edyty Pazurów. Ale luksusy! –  a w treści zdjęcie z pięknego i stylowego ogrodu i wpis instagramowy Edyty Pazury o naturalności i potrzebie powrotu do normalności
  • Koronawirus zbiera śmiertelne żniwo. –  klikając zaś informacja głównie o statystykach i podsumowanie, że jak podaje WHO na wirusa umiera mniej niż 2% i odsetek wciąż maleje.

Specjalnie nie podaję źródeł ani linków tych artykułów bo nie chcę naganiać klików tym pomysłowym redakcjom. Ale one i wiele innych na serio istnieją.

Tematy – gównoburze idealne w clickbaitach

Czyli tematy, o których jest głośno w sieci. To są tematy, które google wysoko indeksuje bo wychodzą jako top w google trends. A zatem portale, które się do nich odwołują zyskują zasięgi. O ile profil portalu jakoś się broni, to super, ale niektórzy po prostu piszą aby pisać na zadany temat używając odpowiednich słów kluczowych. Tylko po to aby lepiej zindeksować swój portal i podbijać zasięgi czyli UU (unique users). Oto przykłady:

  • Ocieplenie klimatu – w Polsce to temat bardziej lifestylowy niż rzeczywisty niestety. Od telewizji śniadaniowej, przez blogi rozrywkowe, po portale, wszyscy mówią o ociepleniu pod kątem udowodnienia, że ono faktycznie jest. I to w taki pseudo-naukowy spsób – patrzcie dzisiaj jest 12 stopni celsjusza (17.02) a 5 lat temu to był śnieg…nie wymrozi komarów i kleszczy….świat na głowie stoi….będzie susza i wzrosną ceny żywności…kiedyś to było…i tyle. Zero konkretu i pomysłu. Ale temat się niesie.
  • Koronovirus – do piątku 14.02 na instagramie aż 550 tyś postów wrzucono i opatrzono hasztagiem #coronavirus . Nie muszę mówić, że gros postów nie ma nic wspólnego z wirusem, a wręcz część to zwykły lans często influencerski (np. po prostu zdjęcia z maseczkami). I tak co dzień przebiega przez sieć seria newsów ze statystykami okraszone tytułami Epidemia / Żniwo Śmierci. Oczywiście, że trzeba o tym pisać ale nie rozumiem po co robić modę lub panikę czyli hajp wokół tego?
  • Recenzja filmu o Zenku Martyniuku  – no bo trzeba przecież iść i zobaczyć polskiego bohatera produkcji TVP. Więc wszyscy o tym piszą nawet jak są portalami technologicznymi zajmującymi się testami rozwiązań technologicznych. Rozumiem, że nasi odbiorcy interesują się wszystkim i część może kochać disco-polo, ale czy to znaczy, że my o wszystkim i dla wszystkich?

Jeśli macie teraz przemyślenie, że wasz też irytują te klikbajtowe artykuły, to w sumie dobrze.

A jeśli zastanawiacie się po co one są?

To oczywiście dla pieniędzy. Większość Klientów prosi portale o ogólne statystyki  czyli ile osób wchodzi na stronę i jaki jest ich profil. Nikt nie pyta o współczynnik odrzuceń i top 10 artykułów, które wygenerowało traffic na stronie. Tak więc lepsze statystki oznaczają więcej kontraktów reklamowych i to lepiej płatnych.

Prasówka ogarnięta. Czas na biznes – ten korpo i ten wirtualny.

2. Nieustające wirtualne pasmo sukcesów.

Generalnie wstydem stało się wrzucanie zdjęć ‘pure nature’ na Facebooka i Instagrama. Wszystko trzeba przefiltrować  jakby zdjęcie zachodu słońca samo w sobie nie było wow. Trochę tak samo dzieję się na LinkedIn. To portal do postowania o sukcesie, ‘prawdziwym’ leadershipie, osiągnięciach, wzrostach – wszystko odpowiednio przefiltrowane i wsparte najlepiej sesją zdjęciową. Myślę, że u zarania swoich dziejów nie było takiej misji. Z resztą wielu z moich znajomych wrzuca bardzo ciekawe i wartościowe teksty. Doceniam wszelkie badania (bo tego jest zawsze za mało), konkretną wiedzę, ciekawe spostrzeżenia i tzw. ‘bystre oko’.

Ale nie jednak mam wrażenie, że większość zagubiła się w tym świecie profesjonalnej autoprezentacji tworząc z siebie stachanowców, a nie ludzi.

LinkedInowy Stachanowiec XXI wieku. 

Plakat z PRL

To osoba, które kreuje swój pracowy wizerunek niczym top model. W postach podkreśla wyniki i sukces. Bo wszystko da się zmierzyć by zmaksymalizować wzrost. Przodują w tym agencje i performance marketingowcy ale nie tylko. 

Dzisiaj dostałam mailing od jakiegoś nieznanego mi pisma marketingowego – pierwsze w Polsce takie pismo niósł tytuł. A w treści takie oto zdanie:

“Autorzy to uznani, doświadczeni eksperci i liderzy rynku, na co dzień odnoszący sukcesy w dziedzinie komunikacji i PR.” Tak jakby słowa ‘odnosić sukces’ były gwarantem merytorycznym pisma. Nuda, przyznacie?

Inny przykład, to taki post z LinkedIn, który zamieściła jedna z osób, którą followuje. Pan X podsumowywał swój 2019 rok z dumą wyliczając swoje osiągnięcia i konstatując, że pracuje 80 godzin / tygodniowo. I że warto. I że wow. I kogo on chciał nabrać ja się pytam – mnie, innych LinkedInowców czy samego siebie? 

Aż się chce zapytać co tu się odjaniepawla?

Inną ciekawostką są profesjonalne sesje foto – np. zdjęcia w rękawicach bokserskich. To pewnie powinno symbolizować współczesnego leadera lwa, fightera czyli człowieka sukcesu. A poniżej analogiczny odpowiednik człowieka sukcesu świetlanych czasów PRL.

Bo mi się ten cały LinkedInowy fenomen niestety kojarzy z PRLowskimi plakatami. Zero auto-ironii, prawdziwej-prawdy, naturalności. Tylko praca, praca i praca. Wzrost, sukces, pieniądze. Spełniane marzenia. I jeszcze raz pieniądze.

Drodzy Klienci, Menadżerowie i Agencje? Fajnie jest odnosić sukcesy – ja też się cieszę jak mi się coś udaje. I lubię się tym dzielić. Ale cenię prawdziwość i naturalność. Taki ludzki aspekt życia i pracy. Bo na koniec dnia wszyscy jesteśmy tacy sami jak śpiewał Lady Pank.

Mam fajny przykład wśród znajomych na LinkedIn. Tak na prawdę mam wiele przykładów ciekawych osób, ale jedną wysoko postanowioną Panią Menadżer chciałam się podzielić. Bo znam jej styl pracy i dlatego, że autentycznie mnie inspiruje. I mówię o Helene Barnekov, CEO Microsoftu w Szwecji (ex-VP Marketing Sony Ericsson). Jest wzorem jako lider dla wielu kobiet w Szwecji. Udziela się publicznie, pisze artykuły i napisała też książkę pt. Re:Start (niestety po szwedzku). Jest absolutnie sobą, naturalna. Pokazuje zdjęcia profesjonalne ale nie stylizowane. Fotografuje się ludźmi, swoim teamem. Z ludzką dumą wyraża się o sukcesach. Bez zadęcia i z uśmiechem. W takim fajnym szwedzkim stylu. Inspirująco.

LinkedIn stał się takim PRLowskim TOP MODEL biznesu trochę, a to jest nudne na dłuższą metę. 

The LinkedIn Effect plThe LinkedIn effect eng

3. Codzienna dawka korpo religii na deser.

Pisze o tym na końcu, ale tak na prawdę to myślę, że fenomen korpo zapoczątkował świat FAKE-newsów i FAKE-autoprezentacji. Tak więc punkt 1 i 2 są wynikowymi Korpo-świata. I chyba nie ma co się dziwić, że pokolenie Z woli zostać YouTuberem niż wstąpić na drogę korpo-sekty.

Jest cudowna definicja korporacji podana przez Devil’s Dictionary i ja ją w oryginale tutaj chciałabym przytoczyć.

“Corporation – An ingenious device for obtaining profit without individual responsibility” .

Korporacja wywodzi się z łacińskiego słowa ‘corpus’ czyli ciało i tłumaczone jest jako “ciało ludzi”. Początkowo korporacje to nbyły instutucje Państwowe głównie. Dopiero rewolucja XVIIIw i wolna ekonomia zapoczątkowana przez Adam Smitha, sprawiły boom korporacji prywatnych.

Korpo-świat jak religia lub gra o tron

Mi się od jakiegoś czasu nasuwa taka anlogia, że niektóre korporacje parają się głównie porcesami i polityką. Tak jak Kościół lub serial Gra o tron. Ten świat jest pełen dogmatów, wierzeń i rytuałów. Na czele jest Papież – oj Prezes. Grupa wsparcia to Zarząd (Arcybiskupi) . Zlecają oni zadania Dyrektorom – Biskupom. A ci delegują dalej na kler czyli większość pracowników. Jak w kościele, w niektórych firmach obowiązuję ścisła hierarchia czyli ksiądz z parafii najniższego szczebla do arcybiskupa raczej nie ma dostępu. No chyba, że umożliwią mu to Proboszcz i Biskupi.

A jakie rytuały obserwujemy na co dzień?

Poranna kawa, potem chwila pracy. Ok. 10:00 –  Pan Kanapka. Spotkanie. Obowiązkowy lunch ok 12:00. Wypada wychodzić na fajeczkę bo to taka forma spowiedzi grupowej. Potem seria spotkań i kolędowanie kończy się ok 17:00. Wówczas maile lub czas na wyjście do domu.

I tak po paru dniach w organizacji już wiadomo kto jest szarą eminecją, kto faktycznie pracuje a kto się prześlizguje. I co najważniejsze co można komu powiedzieć i jak. Ja tak sobie myślę, że ta korpo-religia musi być bardzo pracochłonna i wypompowująca na dłuższą metę. I wiem, że im bardziej międzynarodowa firm i rola, to mniej jest polityki a im bardziej rozrośnięta lokalnie (bez względu na kraj), to dogmaty zaczynają rządzić ludźmi a nie na odwrót, 

Nie wszędzie tak jest, ale…

Powiem szczerze, że ja miałam szczęście pracować w firmach o duszy start-upowej. Bez przerostu formy nad treścią. Pracy zawsze było dużo, ale muszę powiedzieć, że dzięki korporacjom nauczyłam się fachu marketingowego. Dlatego nie uderzam we wszystkie firmy, ale w te, które utraciły sens na rzecz procesów. Pamiętam jak jeden z moich byłych szefów tzw. VP Marketingu, a dla nas po prostu Steve, siedzący na open space tak jak my, a na dodatek na przeciwko mnie powiedział mi niegdyś: Czy wiesz, że ja nie mogę narzucić nic osobom z naszego biura w Lund (to małe miasto studenckie w Szwecji, niedaleko Malmö). Tam wszystko rozstrzyga się bowiem demokratycznie? Hierarchia w Szecji nie obowiązuje. Wszyscy są równi.

Wartość ‘corpus’ w korporacji

I ja chyba dopiero teraz rozumiem tę prawdziwą wartość równości. Przecież wszyscy co rano mamy te same problemy, bawimy się z dziećmi lub psami, kupujemy bułki, robimy kupę. To czemu przekraczając świat Korpo nakładamy jakieś wdzianko C, VP, Dyrektor, Pani/Pan? Myślę sobie, że fajnie jest jak jest ludzko i prawdziwie. I jak to jest prawdziwa wartość. I na niej dopiero można budować storytelling. Mam przynajmniej nadzieję, że w poniższych firmach są wysokie standardy człowieczeństwa vs FAKE świat polityki. A oto marki uznane za najbardziej wartościowe w 2019 roku cytując Interbrand:

Najbardziej wartościowe marki 2019 roku

Podsumowanie

Napisałam ten wpis nie po to aby narzekać – w końcu każdy może żyć jak chce i umieszczać to co chce. Ale zapędziliśmy się w świecie wirtualnym, zapominając o prawdzie o sobie i pewnej naturalności w biznesie. Myśle sobie, że ta wszechobecna Dynastia i atak fake-newsów i fake-ludzi ma jednak krótkie nogi . A że spotkałam ostatnio dużo osób zmęczonych takim oto światem, to pomyślałam, że nieco w krzywym zwierciadle odniosę się do tego co się odjaniepawla w tym naszym życiu na co dzień. I jestem otwarta na dyskusję oczywiście.

Dodaj komentarz