Zaszufladkowany marketingowiec.

Zaszufladkowany marketingowiec.

Najczęściej słowo zaszufladkowany występuje w kontekście aktorów. Chyba jest to jedna z głównych bolączek w tym właśnie zawodzie, gdzie każdy marzy o różnorodności, wyzwaniach i Oskarze. A potem jest skazany na słynnego Janka z ‚Czterech Pancernych’, czy Hankę Mostowiak z ‚M jak Miłość’ lub też łatkę gwiazdy jednej reklamy itp. Większość stara się z tym walczyć poprzez dobór ofert pracy, ale nie wszystkim się to udaje.

I dla mnie szufladkowanie to jest też zmora w marketingu. Jak łatwo można się domyślić bardzo nie lubię zawężania pola widzenia i pola doświadczania. Stąd moje umiłowanie do marketingu totalnego o czym pisałam tutaj.

Potrzeba czy przymus specjalizacji

Patrząc na ogłoszenia o pracy w dziale marketingu, to w wielu branżach przejawiają się opisy w stylu:

– Doświadczenie w branży farmaceutycznej wymagane.

– Idealny kandydat posiada  udokumentowane sukcesy w branży FMCG.

– Doświadczenie w marketingu B2B mile widziane.

– Znajomość rynku gamingowego będzie dodatkowym atutem.

Zastanawiam się skąd potrzeba ograniczania sobie kandytatów już na etapie zbierania CV? I skąd pomysł, że ktoś kto pracuje 18 lat w marketingu nowych technologii jest lepszym wyborem do firmy technologicznej, niż ktoś kto wcześniej zajmował się ubraniami, kosmetykami czy napojami? I na odwrót.

Dla mnie to jest trochę tak jakby oczekiwało się od kandydatów jakiejś specjalizacji. Tak jakby byli lekarzami. Najlepiej 4 lata studiów (dobrze, że nie 6), staż ogólny, a potem szybko decyzja jaka branża jest Twoja na wieki wieków amen.

Versus przypadek

A myślę sobie, że ta pierwsza praca w marketingu jest pewnym dziełem przypadku. Pewnie jak rola filmowa czy reklamowa. Pamiętam jak w 2002r zaczynałam swoją przygodę zawodową, to do wybory miałam praktyki w dziale PR Nestlé oraz w dziale marketingu Idei (dziś Orange). Już wtedy uznałam, że chyba lepiej zaczynać szerzej niż węziej, więc postawiłam na opcję w branży telekomunikacji. I tak się złożyło, że potem tworzyłam usługi i oferty u drugiego operatora, a potem przeszłam na stronę vendora czyli producenta smartfonów. Nie był to wybór w żaden sposób zaplanowany tymbardziej, że pisałam pracę magisterską na temat ‚Strategii marketingowych w sektorze dóbr luksusowych’. Od luksusu do high tech. Z przypadku.

Versus nauka społeczna

Dla mnie marketing jest bliżej psychologii czy wspomnianego aktorstwa niż medycyny. Od marketingowca na szczęście nie zależy zdrowie ani życie drugiego człowieka. On (lub ona) analizuje grupy osób, segmentuje ich i proponuje strategie działania. O czym więcej pisałam tutaj. 

Marketing to nauka prawideł, mechanizmów, narzędzi, analizowania i myślenia. Powołując się na pewną analogię – idąc do psychologa nie oczekujemy, że będzie uosabiał nasze problemy. Czyli skoro mamy depresje to psycholog też będzie po depresji. A jeśli jesteśmy alkoholikami, to on też nim będzie. Jak pochodzimy z rozbitej rodziny lub patologicznej lub nadopiekuńczej, to i on. W psychologii nie szukamy kumpla a kogoś, kto się zna i kto jest skuteczny. Czyli kogoś, kto pomógł różnym osobom w różnych problemach. Absolutnie spektrum doświadczenia często bywa dodatkowym atutem. Tak samo powinno być z marketingowcami. 

A co na to Einstein?

Moja teoria jest taka, że poszukiwanie kandydatów branżowych wynika ze złudnego poczucia, że ktoś szybciej wdroży się do pracy niż ktoś, kto wcześniej nie miał z nią do czynienia. Mimo, że zna się na marketingu. Ale czy szybciej znaczy lepiej? I co to znaczy szybciej? I tak każda firma jest inna, ma swoje procesy, produkty, systemy raportowania i zarządzania.  Dla mnie jest to typowy przykład heurystyki reprezentatywności, która polega na dokonywanie klasyfikacji na podstawie podobieństw do jakiegoś znanego przypadku czy zbioru. Założenie w tym przypadku dotyczy tego, że wszyscy marketingowcy zajmujący się branżą farmaceutyczną są tacy sami i mają te same kompetencje, więc idealniej pasują do firmy niż Ci z innych branż. Oczywiście jest to duże uproszczenie.

Tak na prawdę aktorzy lubią różnorodność, psycholodzy raczej też i marketingowcy również. Tylko pracując w różnych obszarach i różnych branżach, stykając się z nowymi wyzwaniami, budujemy doświadczenie i wiedzę. I tutaj chciałabym powołać się na myśli Alberta Einsteina, które są mi bliskie. Oraz pokusić się o ich  interpretacje w kontekście życia zawodowego marketingowców:

  1. Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia – wiedza bierze się z doświadczenia i doświadczania, niekoniecznie cały czas tego samego.
  2. Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów – zatrudniając osoby znające tylko jedną branżę, rzadko mamy przełomowe rozwiązania.
  3. Kreatywność to inteligencja w trakcie zabawy – zakładamy, że zatrudniamy osoby inteligentne po to by tchnąć marketingowe szaleństwo, siłę i wiedzę do organizacji.

Podsumowując

Myślę sobie, że otwartość firm i samych marketingowców na nowe branże to przede wszystkim korzyści:

  • Dla samego pracownika – nowa stymulacja, branża, projekty, możliwość poszerzania horyzontów, zapobieganie wypaleniu zawodowemu i depresji.
  • Dla całego teamu – inne pytania, spostrzeżenia, pomysły, doświadczenie, odświeżony punkt widzenia.
  • Dla organizacji – nowa jakość, doświadczenie z innej branży, szersza wiedza o kliencie, co w konsekwencji może oznaczać rewolucyjne pomysły, nowatorskie rozwiązania i lepsze wyniki.

Paradoksalnie agencje obsługujące różnych klientów mają częściej szersze horyzonty niż sami marketerzy korporacyjni. Mają bowiem możliwość tworzyć dla różnych branż i klientów. Inspirować się, poznawać i uczyć. I to tyle ode mnie na temat szufladkowania. Chyba z potrzeby zrozumienia tego zjawiska, a może po to by zakwestionować znowu jakieś status quo. Bo kto pyta, nie błądzi.

Dodaj komentarz

Close Menu